Martin Lechowicz

Czarny Czwartek - recenzja

Jako, że bardzo lubię oglądać filmy, a chorobowy mętlik w głowie niewiele pozwala robić, postanowiłem, że obejrzę sobie "Czarny Czwartek".

W tym celu udałem się do Wypożyczalni Filmów Pana Torrenta i pożyczyłem na wieczór wymienioną pozycję.

Zobaczyłem i niniejszym zrecenzuję. Lubię recenzować. A rzadko mam okazję.

"Czarny czwartek" opowiada historię tego, że Janek Wiśniewski padł. Tak przynajmniej głosi oficjalna wersja, bo w rzeczywistości przedstawia historię jednej rodziny, której losy zazębiają się z Jankiem Wiśniewskim, chociaż w sumie nie wiadomo po co, bo jedna i druga historia przecinają się tylko w jednym punkcie w sposób całkowicie losowy i dalej biegną sobie w siną dal zupełnie osobno.

Janek Wiśniewski padł w 1970 roku, kiedy to Milicja Obywatelska przy współpracy z Wojskiem Ludowym otworzyła ogień do strajkujących pracowników stoczni w Gdyni. Dlaczego strzelali? No tego film nie powiedział dokładnie, ale z kontekstu wynika, że dlatego, bo to źli ludzie byli. I dlatego właśnie strzelali. Ci, którzy strajkowali byli to z kolei ludzie dobrzy, którzy żądali podwyżek w odpowiedzi na to, że rząd drastycznie podniósł ceny. A dlaczego rząd podniósł ceny? Proste - bo to źli ludzie byli.

I cały ten film tak właśnie wygląda: są ludzie źli i są ludzie dobrzy. Jedni strzelają, drudzy krzyczą "mordercy!" i noszą na drzwiach zabitych, umieściwszy im w dłoniach krzyż a przy głowie biały kwiat. Świat znów ma sens.

Podział na dobrych i złych jest w tym filmie tak rażąco oczywisty, że gdyby tylko zmienić trochę scenografię, dorzucić kilku czarodziejów i ze dwie wróżki, to mielibyśmy klasyczną baśń filmową.

Bo tak, z jednej strony mamy typową polską rodzinę: wszyscy się lubią, każdy się szczerze do każdego uśmiecha i nikt się nie kłóci. Mąż posłusznie odstawia wódkę przy Wigilii, bo to przecież Wigilia, zaś Matka Boska z obrazu w tyle zdaje się uśmiechać do swych cudownych, niewinnych dzieci z M4. W co drugiej scenie mąż z żoną przytulają się lub całują. Ich dzieci są grzeczne i posłuszne. Sąsiedzi zaś życzliwi i zawsze pomocni.

Cóż za typowa rodzina z PRL-u!

Z drugiej strony mamy milicjantów, z których każdy bez wyjątku jest prymitywem i sadystą. Milicjanci w prawie każdym zdaniu klną - rzecz jasna nikt poza nimi nie klnie nigdy, ani jednym słowem. Wojsko, jak to wojsko, strzela sobie frywolnie bez rozkazu z broni automatycznej w tłum z radosną satysfakcją malującą się na twarzach. Żadnych dylematów moralnych. Żadnego gorączkowego czekania na rozkaz. Dzielni wojacy kontunuują strzelanie już dawno po tym, jak wszyscy uciekli.

Dlaczego? No jak to dlaczego? Bo to źli ludzie przecież!

Wszyscy przywódcy partii są koszmarnie głupi, niezdecydowani i widać po nich, że serdecznie nienawidzą ludzi. Są przedstawieni w tym filmie niczym Żydzi w polonijnych patriotycznych serwisach internetowych. Jeżeli nawet któryś z nich nie do końca nienawidzi prawdziwych, dobrych polskich rodzin obchodzących Wigilię bez wódki, za to z Matką Boską,to i tak niewiele to zmienia, bo jest i tak zbyt tchórzliwy, żeby się nawet odezwać.

Co zresztą akurat mogło być zgodne z historyczną rzeczywistością...

Ale, żeby nie narazić się na zarzut prymitywnego, uproszczonego przedstawienia skomplikowanej rzeczywistości, reżyser dla równowagi umieścił w filmie złych ludzi z wątpliwościami. W liczbie dwóch: jeden to milicjant, który ma lekkie wyrzuty sumienia, a drugi to przewodniczący Miejskiej Rady Narodowej, który chce pertraktować z robotnikami. Te wielowymiarowe, skomplikowane postacie świadczyłyby niewiątpliwie o pewnej głębi obrazu kreowanego przez reżysera, gdyby nie fakt, że milicjant pojawia się w filmie na parę sekund, a przewodniczącego wywalają zaraz z roboty, zaś on sam nawraca się w pełni na dobro dołączając przy stole do protestujących dobrych robotników i pijąc z nimi skromną, polską herbatę.

Nie wiem, kto nakręcił ten film i nie chcę wiedzieć. Błagam, nie mówcie mi, bo bardzo nie chcę wiedzieć.

Ale podejrzewam, że mógł to być autor którejś ze znanych polskich telenowel, bo główni bohaterowie zachowaniem, wyglądem oraz poziomem złożoności psychologicznej przypominają do złudzenia postacie z serialu "M jak Miłość".

Tak więc ktoś, kto szuka w "Czarnym Czwartku" wyzwań intelektualnych, niech lepiej obejrzy "Czarodziejki z Księżyca", bo znajdzie ich tam znacznie więcej. Jak dla mnie ten film powinien nosić tytuł: "Czarny Czwartek - Halina Mostowiak padła". Tym bardziej, że i tak prawdziwy okazało się, że Janek Wiśniewski nie nazywał się Janek Wiśniewski, tylko Zbyszek Godlewski, a drzwi, na których go nieśli, ktoś ukradł z pobliskiego kibla.

Nie ma to jak wierny obraz historycznej rzeczywistości w polskiej kinematografii patriotyczno-martyrologicznej.

Oczywiście ktoś może zaprotestować mówiąc: ale jakże inaczej przedstawić film o rzeczywistości, która jest czarno-biała? Przecież w tamtych czasach przywódcy partii naprawdę byli głupi i tchórzliwi, milicjanci i wojsko by były prymitywne sukinsyny, a uczciwych ludzi każda władza traktowała z pogardą.

Owszem. Ale rzeczywistość nigdy nie jest czarno-biała - nawet komunistyczna. Jest taka tylko wtedy, kiedy patrzy na nią czarno-białe oko.

Właściciel takiego oka nie powinnien się zabierać za kręcenie filmów, bo z góry wiadomo, że wyjdzie z tego kolejna kicha, którą należałoby zakwalifikować jako propagandę dla mało wybrednych prostaków z ustalonym na wieki światopoglądem, skoncentrowanym wyłącznie na dzieleniu świata na "my" i "oni".

Film ma opowiedzieć pewną historię. Ciekawą. Inną. Niezwykłą. Zmuszającą do myślenia i wywołującą emocje. Do opowiadania historii potrzebny jest dystans, a nie tylko patos.

Można przecież było wziąć pod uwagę, że podwyżki cen były wywołane ekonomiczną koniecznością, a nie tylko tym, że ktoś był po prostu zły.

Można też było zauważyć, że ci dobrzy strajkujący ludzie to ci sami obywatele, których lenistwo, głupota, koszmarnie zła organizacja i idiotyczna wiara do socjalizm doprowadziły do katastrofy ekonomicznej przeciwko której potem protestowali.

Można w końcu było przedstawić mnóstwo paradoksów, dylematów moralnych i trudnych wyborów, jakie stały wtedy przed ludźmi.

I wreszcie można było nie sprowadzać całej polskości do Wigilii i Matki Boskiej, a całego życia porządnego człowieka do czekania na mieszkanie w bloku i zbierania pieniędzy na meble.

Bo może ludzie w Polsce byli i są dość prymitywni - ale nie aż tak.

Odradzam więc oglądanie tego filmu komukolwiek. Poza może leniami, tym bardziej, że może się ona powtórzyć.

Ale lepiej znać ją z książek - nie z filmów. A już na pewno nie z takich propagandowych gniotów jak "Czarny Czwartek".

comments powered by Disqus
  • maile przychodzą najwyżej 3 razy w tygodniu
  • możesz się wypisać jednym kliknięciem
  • twój mail jest bezpieczny - dbam o to ja i MailChimp

Zobacz też:

Film "Drogówka" Smarzowskiego (2013) 12

W 2013 Smarzowski, autor fantastycznego filmu "Wesele", wypuścił w świat film Drogówka. Reakcje były łatwe do przewidzenia: ci, którym się "Wesele" podobało krzyknęli "hurra", ci którym się nie podobało jęknęli "o nie, znowu". Jak to w Polsce: za albo przeciw, tertium non datur.