Nie ma to jak wstać rano i nie widzieć za oknem nic, poza gęstą mgłą.
A, nie! Może być lepiej! Można wstać rano, otworzyć okno i poza gęstą mgłą poczuć lejący się z nieba deszcz.
Deszcz, który bardzo lubię, oznacza parasole, których nie znoszę.
Rzekłabym: nie uznaję, ale jak ostatnio tak do Martiego powiedziałam, to się mnie spytał: "Co znaczy nie uznajesz? To znaczy, że nie wierzysz w ich istnienie?"
W istnienie wierzę, ale ich poprostu nie cierpię.
Weźmy na przykład tramwaj.
Wsiadam sobie, a tu jakaś pani parasol wpycha mi, jedno ze swoich odnóży, do oka, bo jej właścicielka zapomniała, że jak się wsiada, do komunikacji miejskiej, panią parasol należy złożyć.
Dalej.
Jakoś udaje mi się przepchać, do miejsca, które się właśnie zwolniło, siadłam. Cieszę się, że już się żadna pani parasol na mnie nie pcha, ale co to?
Czuję jak mokną mi spodnie. Jak to??? Pod dachem jestem przecież.
No tak: pani parasol się do mnie przytuliła.
Pytam się jej grzecznie: "Pani parasol, czemu mnie pani moczy???" Ona mi na to: "A... a... bo moja właścicielka jest zbyt zajęta sobą, by patrzeć, co robię ja".
No dobra, ścisnęłam się, bo przecież pani parasol ma większe prawa niż ja.
Wysiadłam. Do pracy idę. Wchodzę do windy.
A...
A na podłodze powódź. No skąd??? Skąd??? Jakieś panie parasolki się spłakały, ze śmiechu chyba, że mogą mi dokuczać.
Jeszcze żeby one jakieś ładne były, żeby odzwierciedlały duszę swojego właściciela. Ale nie! One są tak szare, jak pogoda za oknem.
A jeśli tak samo szare są wnętrza ich właścicieli?...
Szkoda by było, bo życie przecież jest TAKIE PIĘKNE.
Na koniec, parafrazując, jeden z bajkowych, fantastycznych filmików internetowych ("Pitu-Pitu"), dialog:
- Parasolka!
- Co???
- Głupia jesteś.