Istnieje powiedzenie, że o zmarłych należy mówić albo dobrze albo wcale. Nie wiem kto to wymyślił, ale z pewnością był to ktoś, kto miał sporo na sumieniu, ale mimo to chciał mieć w przyszłości miły pogrzeb.
Stąd można wysnuć hipotezę, że ludziom, którzy prowadzą się podobnie, jak ów wynalazca, powiedzenie to bardzo się podoba. Hipoteza ta jest trudna do udowodnienia. A szkoda, bo gdyby się udało, mielibyśmy doskonały sposób na szybkie odróżnienie kto jest człowiekiem, który nie ma się czego wstydzić, a kto zwykłym sukinsynem, który chce żeby o nim dobrze mówili, nawet jeżeli niczym sobie na to nie zasłużył.
Umarł profesor Religa. Umrzeć to nic przyjemnego. Profesor lubił popić i popalić, umiał pogadać i ogólnie był fajny - swój chłop! Szkoda go. I smutno, wiadomo.
Z drugiej strony wiedzieliśmy, że wszyscy umrzemy (w tym miejscu kieruję podziękowania do niejakiego Adamowi i niejakiej Ewy). On też. Więc nie ma się co zachowywać jakby stało się coś niezrozumiałego i szokującego. Można być zszokowanym i mocno dotkniętym nieoczekiwanym pęknięciem prezerwatywy, ale nie tym, że przewlekle chory 70-latek umiera.
Podobnie jak w przypadku papieża, tak i tym razem politycy przystąpili do wynoszenia profesora Religi na ołtarze. Zakładając, że sfomułowana na początku hipoteza jest prawdziwa, można by teraz łatwo rozpoznać którzy politycy są zakłamanymi sukinsynami. Wychodziłoby na to, że niemal wszyscy.
Bo faktem jest, że umarł wybitny lekarz, jeden z najlepszych kardiochirurgów jakich Polska znała. Świetny fachowiec w swoim zawodzie, człowiek, który wiele pomógł innym. Jednocześnie marny polityk i beznadziejny minister zdrowia, którego wszystkie pomysły na "reformę służby zdrowia" sprowadzały się do dolewania większej ilości wody do dziurawego wiadra.
"Religa był wybitnym fachowcem, dzięki któremu żyją setki ludzi" - powiedział Jarosław Kaczyński. To prawda, jak najbardziej. Z tym, że nie dodał, że jednocześnie tysiące ludzi umarły czekając w kolejkach na operację czy przeszczep, nie mogąc się doczekać karetki, przez pomyłki lekarzy i brak funduszy na sprzęt i lekarstwa. Bo cały państwowy system szpitalno-zdrowotny jest niewydolny, źle zorganizowany i skrajnie nieefektywny. I to nikt inny jak właśnie świętej pamięci pan minister ponosi za to odpowiedzialność. To on przecież, zamiast zmienić stare dziurawe wiadro na nowe i szczelne, tracił czas na dolewanie wody.
Bo zamiast przestawić się z kardiochirurgii na makroekonomię, zamiast odesłać do domu pielęgniarki, a zgromadzić wokół siebie fachowców od zarządzania, liczenia i organizowania, postanowił, że będzie się kierować irracjonalnymi hasłami typu "życie ludzkie jest bezcenne" lub "każdemu należy się za darmo".
I skutek jest taki, że szpitale (te, które jeszcze nie zbankrutowały) dalej są źle zarządzane i nikt już nie ma na nic pieniędzy, chociaż wszyscy płacimy kosmiczne sumy. Ten koszmarnie niewydolny system, w którym współczynnik marnotrawstwa środków jest tak wysoki, że włosy dęba stają, kręci się jeszcze jakoś tylko dzięki kwitnącej korupcji i kombinowaniu jak się tylko da. Tracimy na tym wszyscy. Kto się chce leczyć skutecznie, bez kolejek, biurokracji, korupcji i ryzyka zarażenia się żółtaczką, jest zmuszony albo dawać łapówki na prawo i lewo albo leczyć się prywatnie.
Uświadommy sobie skutki działalności pana ministra: z tego, co zarabiamy, zabierają nam jeszcze więcej niż zabierali, by oddać to służbie zdrowia, która działa jeszcze gorzej niż działała. Nie zmieniło się to, że lekarze i pielęgniarki regularnie strajkują i to, że jak chcesz korzystać z usług na przyzwoitym poziomie, musisz tak czy inaczej zapłacić ekstra.
Uważam więc, że życie znanego człowieka należy po śmierci rzetelnie podsumowywać, a nie robić z niego świętego. To, że ktoś jest dobrym fachowcem w jednej dziedzinie, nie oznacza, że będzie świetny we wszystkim. To, że ktoś ma fajną buzię, gęste brwi albo dużo się uśmiecha nie sprawia, że zasłużył sobie na bezkrytyczne hołdy. Pamiętamy, że byli i tacy co szczerze płakali gdy Stalin umarł. Dziś nie mieści nam się to w głowie. Myślimy: jak można było nie pamiętać, że odpowiadał za śmierć milionów ludzi? A potem przesadzamy w drugą stronę przypisując mu tylko i wyłącznie zło.
Bo taki to naród, ci Polacy: uznają tylko skrajności. Albo czarne albo białe, albo totalnie dobre, albo totalnie złe.
Sprzeciwiam się więc totalitaryzmowi myślenia i - choć wielki mam szacunek do profesora Religi - nie będę poddawał się presji tynkowania rzeczywistości na jedynie słuszny kolor.
Chciałbym czytać i słyszeć, że umarł człowiek. Lekarz i polityk, wybitny specjalista w swoim zawodzie i fatalny minister, który więcej napsuł niż naprawił. Silny mężczyzna, ale jednak nie aż tak silny żeby uniknąć alkoholizmu i skończyć z paleniem. Człowiek, który bardzo lubił pomagać innym, ale nie rozumiał, że nie wolno za innych wybierać (popierał ustawę zakazującą palenia). Zdeklarowany ateista, o którym teraz piszą, wbrew jego poglądom, że "odszedł". Odszedł - ateista? Dokąd?
Chciałbym, żeby ludzi przestawiano jak ludzi, a nie jak lalki Barbie. Zmarłych też. Zwłaszcza zmarłych. Chciałbym, żeby ich doczłowieczano, a nie odczłowieczano. Bo ludzie nigdy nie są totalnie dobrzy ani totalnie źli. Nawet Karol Wojtyła. Nawet Jacek Kaczmarski. Nawet Zbigniew Religa.
Szanujmy zmarłych mówiąc o nich prawdę.