Jestem wielkim miłośnikiem uczenia się samodzielnie.

Mówiąc „samodzielnie” nie chodzi mi o to, że samotnie. Chodzi o to, że pod własnym kierownictwem.

Są ludzie, którym miła jest myśl, że znają się na wszystkim doskonale. Tym ludziom podoba się pomysł uczenia się samodzielnie, bo dlaczego jakiś baran ma im mówić, że coś robią źle?

Można i tak. Ale nie spodziewam się dobrych wyników takiego podejścia.

Więc może i lepiej, że ludzie wolą zaufać szkole, studiom, kursom, szkoleniom, nauczycielom i instruktorom, że chcą żeby ktoś poprowadził ich za rękę i wlał im ten olej do głowy. Pruski system ma wiele minusów, ale ma jeden wielki plus: każdy baran znajdzie w nim swoje miejsce.

Ale ja nie czuję się dobrze jako baran, więc systemy przeznaczone dla baranów niezbyt mnie cieszą. Szukam lepszych opcji, chociaż zdaję sobie sprawę, że będą bardziej wymagające.

Dlatego jak zdawałem kilka lat temu prawo jazdy kat. A1, to wszystko co mogłem, robiłem samodzielnie. Kurs teoretyczny – żadnych kursów. Aplikacja za 5 funtów. Kilka dni, zdałem. Podejrzanie łatwo.

Część pierwsza praktyczna – akrobacje na placu – bez kursu i instruktora. W internecie jest mnóstwo informacji, reszta to praktyka. Zdałem za pierwszym razem. Druga część – jazda po mieście – bez kursu, bez instruktora. Zdałem.

Namówiłem partnerzycę Dominikę żeby zrobiła to samo. Dlaczego? Bo jestem brutalny mąż-wąż, co ciśnie i pcha, zamiast głaskać i pocieszać. I też zdała. Wszystkie trzy, za pierwszym razem. Bez szkoły, instruktora.

Później zdawałem prawo jazdy na samochód. Może dla was to jakaś norma, boście to zdali w wieku 18 lat po 20-godzinach kursu, jak Państwo przykazało. Dla mnie nie, bo ja miałem lat 47 i w życiu wcześniej samochodu nie prowadziłem. Nie licząc jednego zdewastowanego malucha na polnej drodze przez 2 minuty.

Zdałem w ten sam sposób, bez żadnego kursu i instruktora, ćwicząc jazdę wyłącznie z partnerzycą, własnym samochodem. God bless the King and his law, że pozwala takim jak ja na takie rzeczy.

No i znów zdałem. Tak, wiem, nudna historia, żadnych niespodzianek.

Ale tu zacząłem się zastanawiać: czy nie przesadzam z tym samodzielnym podejściem?

Bo jest poważny skutek uboczny tego, że nie masz nad sobą instruktora. Taki, że nie możesz być nigdy do końca pewny, czy nauczyłeś się dobrze czy źle. Po prostu nie ma cię kto ocenić.

Więc mimo że zdałem już łącznie w Anglii 9 różnych egzaminów omijając standardowe kursy (oszczędzając mnóstwo czasu i pieniędzy), jestem zmuszony przyjąć dla ostrożności, że mogę być do dupy kierowcą, motocyklistą i radio-amatorem. A to z powodu tego, że żaden zawodowy, profesjonalny ekspert nie miał możliwości mnie z bliska przetestować i ocenić.

Dlatego kolejną kategorię prawa jazdy (to już trzecia i ostatnia) postanowiłem zrobić standardowo: na kursie.

Zresztą nie miałem wyboru. Tej kategorii nie da się zdać inaczej.

Już raz próbowałem – w Warszawie. Dawno dawno temu zacząłem chodzić na kurs. I co?

I do dzisiaj mam traumę. Ilość niedorzecznych formalności i przepisów, do których wszyscy w Polsce tak przywykli, że ich głupoty nawet już nie zauważają, była do przeżycia. Ale podejście instruktorów – nie dałem rady.

Gość zachowywał się jak skrzyżowanie kaprala w wojsku z urzędnikiem z ZUS-u. Coś obrzydliwego, czułem się jakbym był w podstawówce. Tyle że tym razem za nią płaciłem.

Powiedział, że ma być 10 godzin na placu, 10 godzin na mieście i kazał jeździć w kółko zgodnie z rozkazem na lżejszym motocyklu. Chciałem wyczuć ten motocykl i zacząłem próbować tego i owego, ale nic z tego – za każde odchylenie opiedralał. To znaczy wtedy, kiedy akurat zauważył, bo przeważnie zajmował się sobą i nie patrzył nawet na kursantów. Nie uczył niczego, jedyne co go obchodziło to czy wszyscy wykonują polecenia.

Czy sam umiał w ogóle bezpiecznie jeździć, tego nie wiem. Nie wyciągajmy pochopnych wniosków z faktu, że trzeciego dnia kursu poinformował wszystkich, że rozpieprzył się motocyklem na Marszałkowskiej i jest dzisiaj trochę połamany. No ja co prawda jeździłem przez lata motorowerami po całej Polsce bez rozpieprzania, ale też nie wyciągajmy pochopnych wniosków. W końcu ja jeździłem całe życie bez prawa jazdy a on był instruktorem.

Potem przyszła zima i kurs trzeba było przerwać. Nie wróciłem już po zimie. Nie przemogłem się. Wolałem dalej jeździć bez prawa jazdy pięćdziesiątkami po Polsce niż znosić takich chamów.

Po tym stwierdziłem, że ja się chyba nie nadaję do Polski. Idiotyczne przepisy da się znieść, bo od czego jest humor, ale standardy zachowań ludzi są dla mnie nie do przejścia.

To wszystko przypomniało mi się wczoraj, kiedy przyjechałem na plac manewrowy, żeby się pouczyć jak się jeździ dużym motocyklem. No to zobaczmy czym się różni ta rozpadająca się Anglia od tej pełnej sukcesów Polski…

Od lat nie przeżyłem tak przyjemnego dnia jak na tym placu. Różnica w podejściu do ludzi jest tak fundamentalna, że jak powiada klasyk: szkoda strzępić ryja. Gdybym to miał opisać w największym skrócie, to w Anglii jest podejście ludzkie. W Polsce – nieludzkie. A o szczegółach to już trzeba przekonać się samemu.

Ale najbardziej ciekawy byłem, co powie instruktor. W końcu jest okazja odkryć czy ta moja strategia uczenia się samodzielnego faktycznie przyniosła dobre efekty czy tylko pozór dobrych efektów.

Byliśmy my, instruktor, kolega i jeden gość co miał w tym dniu egzamin. Nazwijmy go Bob, bo pamiętam imienia. Bob poćwiczył sobie przed egzaminem. Patrzyłem jak slalomy robi i ósemki, tak płynnie, tak spokojnie, że aż mnie podziw wziął. Też bym tak chciał umieć kiedyś jak Bob.

No ale Bob cztery sesje to ćwiczył, a ja nawet metra nie przejechałem na ciężkim motocyklu.

Instruktor pogadał z nami, pokazał maszynę, w końcu mówi: siadaj, pojeździj se. Warszawa mi się przypomniała. Tam instruktor po 3 godzinach nawet nie dał dotknąć motocykla 600ccm. A ten mi mówi: a jeździj.

No dobra, super. Siadam. Jadę.

Pierwsze wrażenie: motor jest motor, niby podobne, ale jakie to cholerstwo ciężkie! Ręce mnie rozbolały od samego ruszania kierownicą. Masakra. Ile to waży, z 300kg? Ja taki mały, motor taki ciężki, myślę se: no nie wiem. Czuję się jak łamaga, a wyglądam pewnie jeszcze gorzej.

I widzę: instruktor mnie woła.

Warszawa mi się przypomniała: no tak, teraz będzie za coś opiedralał. Witamy w Polsce.

I zaraz myśl: co ja piedrolę? I’m in England, relax.

Instruktor powiada: pojadę teraz, patrz i potem zrób to samo. Wsiada i zaczyna robić slalom między pachołkami, a na końcu ósemki kręci. Z zewnątrz to wygląda bardzo prosto. Na pewno też byś tak zrobił.

Przyjechał i teraz ja. Slalom to jakoś dziwnie łatwo poszło, ale jak miałem zrobić kółko to ani połowy nie dałem rady. Za ciężkie toto. Próbuję drugi raz: no nie ma szans. Nie da się takich ciasnych kółek takim ciężkim motorem. Jak oni to robią?

No to schodzę z poczuciem porażki. Jednak marnie jeżdżę po 30 latach jazdy lekkimi motocyklami i 15 minutach jazdy ciężkimi.

Dominika też zrobiła slalom, i też padłą na tych kółkach od razu. To naprawdę jest trudne.

O, będzie dużo pracy, myślę.

Później wieczorem Dominika powiedziała mi, że kiedy ja tak jeździłem, to ci ludzie gadali między sobą, że dawno nie widzieli czegoś takiego: żeby ktoś kto pierwszy raz wsiadł na ciężki motor tak dobrze kontrolował maszynę.

Dziwne jak zupełnie inna jest perspektywa, kiedy człowiek patrzy na siebie samego a kiedy patrzą na niego z zewnątrz.

No to wziąłem się za ćwiczenie. Tak jak lubię: sam sobie wymyślałem co ćwiczyć i jak. Instruktor nie przeszkadzał.

Poćwiczyłem więc te kółka i pod koniec zrobiło się to jakieś łatwe. Zauważyłem, że cięższy motocykl jest dużo stabilniejszy i pod koniec jazdy podsłuchałem jak instruktor zdawał relację z naszych postępów drugiemu.

„It’s been years since we had someone like those two here. You remember Bob, one who has Mod1 today? Those two made him look like cunt”.

No myślę, że instruktor przesadził, bo Bob bardzo pięknie jeździł. Poza tym to sobie tak w żartach gadali. W ogóle ilość żartów w tej szkole była porównywalna z całkiem niezłym występem stand up. Se myślę czy nie dopłacić im extra.

Najważniejszy morał z tego wszystkiego jest taki: samodzielna nauka faktycznie przynosi bardzo dobre efekty. W końcu mogłem się skonfrontować z instruktorem i wyszło na to, że to co było dla mnie zwyczajnym poziomem umiejętności, dla eksperta było daleko powyżej normy. Byłem absolutnie zszokowany jego oceną. Dalej jestem.

Z drugiej strony trzeba pamiętać o tym, że kiedy normy są niskie, ktoś zupełnie przeciętny może robić wielkie wrażenie. Mój poziom angielskiego w Anglii jest zupełnie zwyczajny. Ale w Polsce dupę urywa. Wszystko kwestia kontekstu.

Teraz już mogę powiedzieć, że samodzielna nauka daje doskonałe wyniki. Instruktor mi świadkiem.

I nie chodzi tylko o jakąś metodę, tylko o całoształt podejścia do życia. O stosunek do siebie i do innych, postrzeganie siebie jako podmiot, nie jako przedmiot. O przekonanie, że mam prawo decydować, mam prawo żyć tak jak uznam za stosowne, mam prawo być tu albo tam, wyjechać albo zostać. Mam prawo nie rozmawiać z chamem, jak nie mam ochoty i już. Nie ma złych i dobrych decyzji, są tylko decyzje i konwekencje. I zgadzam się na te konwekwencje.

To, że wolę się uczyć po swojemu niż tak jak chcą inni, jest tylko przedłużeniem faktu, że wolę żyć po swojemu niż tak jak chcą inni.

W moim przypadku takie właśnie spojrzenie na siebie jest bezpośrednią konsekwencją wiary w Boga.

I w ten oto sposób doszliśmy do idiotycznego wniosku:
jeżdżę dobrze na motocyklu, bo wierzę w Boga.

Że wniosek idiotyczny, to bezdyskusyjne. Ale czy prawdziwy?

Poczytaj więcej:

Podziel się z głupim światem