LinkedIn to bardzo dziwne miejsce.
Z braku lepszego określenia, powiedziałbym, że to ZOO dla profesjonalistów.
Gdzie się nie obrócisz, tam coś imponującego. A to Senior Cybersecurity Expert, a to Senior Information Technology Specialist, a to Konsultant Finansowy Podatkowy Hipoteczny, zawsze coś do podziwiania.
Pomyślałbyś: zebrała się tu cała elita kraju w jednym miejscu, best of the best, mądrość, doświadczenie, sukces i wieczna młodość, jak z tych ogłoszeń o pracę: zatrudnię 20-latka z 30-letnim doświadczeniem.
No i źle byś pomyślał. Bo jak posłuchasz nie tego JAK gadają, tylko CO gadają, to doznasz dysonansu poznawczego odkrywszy, że za graniturami stoi poziom intelektualny, którego należałoby się raczej spodziewać w Klubie Miłośników Disco-Polo.
Dlatego nie powinno mnie było zaskoczyć, że kiedy wspominałem ostatnie przygody ministra cyfryzacji, co nie wiedział ile bajt ma bitów, utworzył się szeroki front obrony ministra.
Linia rozumowania: minister nie jest od liczenia bitów w bajtach. Od tego ma innych ludzi.
I o ile można by się z tym zgodzić, że nie od tego jest generał, żeby w okopach skrobać ziemniaki, to mówimy tu o innej sytuacji. O generale, który nie wie, że pistolet ma lufę. O dyrektorze restauracji, który nie wie co to łyżka. O dyrygencie, który nie wie ile gitara ma strun. A skonfrontowany odpowiada: od tego mam ludzi, żeby to wiedzieli.
To może ci ludzie powinni zostać szefem? No bo w czym on jest lepszy od nich? W umiejętności walki o stołki?
Nikt przy zdrowych zmysłach nie oczekuje od ministra cyfryzacji, że będzie liczył bity w bajtach. Ale każdy, kto rozumie jak działają firmy i organizacje, ma prawo oczekiwać, że dyrektor McDonald’s na Polskę widział kiedyś z bliska jak się smaży frytki. Czy mu się to przyda do zarządzania? Nie wiadomo. Czy musi być w tym dobry? Nie. Ale im więcej wie, im więcej rozumie, tym lepsze podejmie decyzje. Zwłaszcza, że wpływać mogą na życie milionów ludzi.
Prawdziwy problem z ministrem jest w nie tym, że nie wie ile bajt ma bitów, tylko w tym, że nie widzi w tym problemu. Bo wiedzę łatwo zdobyć, ale zmienić etykę pracy to już nie tak łatwo.
A co myśleć o takim Senior Information Technology Specialist, który twierdzi, że etyka ministra w porządku? Właśnie pokazał wszystkim potencjalnym pracodawcom, współpracownikom i kolegom, czego się po nim spodziewać jako pracowniku.
To tak jakby publicznie ogłosić: „jako szef nie muszę mieć podstawowej wiedzy, w razie czego zapytam podwładnego”.
Proces rekrutacji takiego specjalisty właśnie się zakończył. Powiedział mi właśnie wszystko, co potrzebuję o nim wiedzieć.
No bo powiedz szczerze: nawet gdyby Ministrowi Obuwnictwa nie była potrzebna umiejętność zawiązywania sznurówek, to gdybyś miał do wyboru faceta, co umie zawiązać but i drugiego, co nie wie co to sznurówka – to którego byś wybrał?
Boję się, że w Polsce odpowiedź może brzmieć: tego, kto jest z właściwej partii.
Ale na LinkedIn?







