Urodziny – nigdy tego nie rozumiałem.
Moje wbiły się akurat 28 grudnia, więc pomiędzy dwa fejkowe święta: Boże Narodzenie i Nowy Rok.
Boże Narodzenie jest absurdalne, bo Jezus się nie urodził w grudniu, nie było choinek, nie kupowało się prezentów. A w ogóle w ateistycznej, konsumenckiej Europie trzyma się Boga z daleka od tego święta, bo i tak jest skomplikowane i bez sensu.
Nowy Rok jest dużo prostszy, ale nie mniej głupi. O datę chodzi – jest bez sensu. Skąd taka data? Otóż z dupy. A było to tak:
Większość świata używa dziś kalendarza gregoriańskiego, który był modyfikacją kalendarza juliańskiego, który był modyfikacją oryginalnego kalendarza rzymskiego. I w tym oryginalnym kalendarzu rok zaczynał się 1 marca i trwał 10 miesięcy księżycowych. Widać ślady tego do dziś w nazwach. Jak ktoś ma ciut więcej ciekawości, to zapyta: dlaczego miesiąc nazywany „december” jest dwunasty w kolejności, a nie dziesiąty, jak mówi nazwa?
No dlatego, że Juliusz dodał dwa miesiące do kalendarza, żeby zaradzić problemowi, że ziemia przelatuje dookoła słońca w 365 i 6 godzin, a nie w 10 księżyców. Dlatego luty – ostatni miesiąc – ma mniej dni: żeby się rachunek zgadzał.
Tylko z jakiegoś absurdalnego powodu te dwa miesiące zostały dodane na początek kalendarza zamiast na koniec. I tak „dziesiąty” się zrobił „dwunastym” a świat świętuje 1 stycznia jako początek roku, chociaż powinien 1 marca.
Ten 1 marca też trochę sztuczny, ale i tak ma więcej sensu, bo bliżej wiosny. Najbardziej naturalnym początkiem roku byłby equinox wiosenny albo jesienny. Tak samo jak naturalnym początkiem dnia (godzina zero) byłby wschód słońca a nie nonsensowna północ. Ale tak już jest na tym świecie, że jak się wszyscy raz zgodzą na jakiś idiotyzm, to ten idiotyzm zostaje na zawsze.
Moje urodziny były więc małym światełkiem pośrodku ciemności ludzkiej zbiorowej głupoty.
Ale już nie są.
Pierwsze, że rytualne życzenia na odległość zamiast serdecznego piwa na żywo. Nie wiadomo po co, bo szczerze sobie powiedzmy: na ch nam te życzenia? W niczym ci w życiu nie pomogą, a jedyne co mogą zmienić, to przypomnieć ci o tym, czego ci brakuje. Jak człowiek słyszy „życzę ci zdrowia” to prędzej pomyśli „co będzie jak zachoruję” niż „ale jestem zdrowy”.
Drugie, że ludzie, którzy znaku życia nie dawali, nagle się zachowują, jakbyś był perłą w oceanie ich życia. A przecież wszyscy wiemy, że tylko dlatego sobie o tobie przypomnieli, bo im o tym jakiś automat przypomniał. A piszą takie rzeczy, jakby nie mogli spać już od dwóch tygodni, bo ciągle myśleli o tobie.
Trzecie, że chociaż jest jasna jak słońce hipokryzja i nieszczerość takich rytuałów, to społeczne regulacje wymagają okazać im wdzięczność. I fakt, że twoja wdzięczność będzie tak samo kłamliwa jak kłamliwa jest ich troska, zdaje się nikomu nie przeszkadzać.
Ale absolutnie najgorsze jest czwarte: że kiedy skończysz 7×7 lat życia, to tort z taką ilością świeczek sprawia ci taką samą radość, jak Adasiowi Miauczyńskiemu robole, którzy nap***lają pod blokiem od bladego świtu. Świadomość starzenia się i umierania to żadna przyjemność i nie rozumiem dlaczego świat wymaga ode mnie, żebym się w tym dniu szczególnie cieszył.
A propos bladego świtu: żart, który dziś o poranku usłyszałem „jesteś stary, ha ha ha” zupełnie mnie nie rozbawił. Widocznie jestem jakiś dziwny, że uroki starości mnie nie ekscytują na tyle, żeby zauważyć żartobliwość sytuacji, kiedy w urodziny mówi się komuś, że jest stary.
No ale teraz jest już popułudnie i dalej mnie nie śmieszy. Więc sam już nie wiem co ze mną nie tak.
Jeżeli jest gdzieś w życiu miejsce na taktowną hipokryzję, to właśnie tutaj. Proponuję, żeby nie wbijać przerażającego stada świeczek w tort, nie kazać solenizantowi ich liczyć ani zdmuchiwać i nie rozwodzić się głośno na tym, jakie oznaki zużycia jego organizmu są już zauważalne.
Chwała za to tym wszystkim, którzy wesoło i sprytnie odwracają w urodziny uwagę od nieprzyjemnego faktu biologicznego starzenia się ludzkich organizmów.
Ja na przykład nie znam nikogo, komu w dniu urodzin faktycznie trzeba przypominać, że jest o rok starszy niż był rok temu. Zwykle cała trudność polega na tym, żeby właśnie o tym nie myśleć.
Urodziny to w ogóle zwyczaj raczej pogański i w Europie raczej nowy. 200 lat temu nikt takich rzeczy nie obchodził a wcześniej uważano to za anty-chrześcijańskie. Ale dziś jest i będzie dalej i się tego nie pozbędziemy, bo im większy idiotyzm tym bardziej fanatyczni obrońcy.
Nie mówiąc już o tym, że lobby cukierników nigdy by do tego nie dopuściło.
I dlatego ja wam powiadam: w urodziny trzeba ludziom dawać jeść, pić i bawić się.
I nic poza tym.
Czego sobie i wszystkim życzę.







