Z głęboką satysfakcją mogę powiedzieć, że jestem artystą tak niszowym, że mnie prawie nie ma.

Jak wiadomo jest to najbardziej charakterystyczna cecha prawdziwego artysty, który tworzy wartościowe rzeczy. Jak ja.

Niestety jest to równocześnie cecha nawiedzonego egocentryka, który produkuje badziew i nędzę, ale jest zbyt nakręcony żeby to zauważyć. To też mogę być ja.

Korwiniści i menceniści sugerują, że da się odróżnić jednych od drugich łatwo: pieniędzmi. Jeżeli coś zarabia – wartościowa sztuka. Jeżeli nie zarabia – tandeta i chłam.

Dlatego Mentzen w przerwie między żłopaniem piwa a liczeniem pieniędzy stwierdził niedawno: „jeżeli artysta nie potrafi na siebie zarobić, to nie jest artystą, tylko hobbystą. Nie tworzy sztuki, tylko badziew”.

Czym dał do zrozumienia, co myśli o hobbyście van Goghu i jego badziewnych słonecznikach.

No nie wiem, może to kwestia gustu. A może nadmiar piwa. Może za dużo pieniędzy. A może jest kulturowo na poziomie gdzieś między psem a wiewiórką, jeżeli uważa że wielkość sztuki mierzyć należy w skłonności ludzi do wydawania pieniędzy, a każdy dobry artysta automatycznie staje się dobrym sprzedawcą.

A może jest ignorantem, zwyczajnym głupkiem, który zwyczajnie nie wie, że większość wybitnych artystów w historii planety miała zazwyczaj problemy z zamianą tego co tworzą na pieniądze. A może się nie mieści w tej zalanej piwem pale, że może istnieć człowiek, co naprawdę nie tworzy dla pieniędzy.

Jak ja.

Co by nie mówić o Korwinie i jego boleśnie uproszczonym obrazie świata, on przynajmniej rozumie koncepcję artysty. Miałem okazję się sam o tym przekonać, kiedy na koncercie zwrócił się do mnie znienacka per „mistrzu”. Określenie to pasuje do mnie jak lutnia do Metzena, ale urocze jest, fakt. I dowodzi przede wszystkim, że Krul, który naprawi świat wolnorynkowym sprzedawaniem paróweczek, rozumie chociaż, że pozycja artysty na wolnym runku jest szczególna.

Mentzen tego nie rozumie.

Według Nowego Lepszego Korwina nie ma w ogóle takiej opcji, żeby ktoś mógł pracować dla celów innych niż pieniądze. I nie ma takiej opcji, żeby wartość tej pracy mogła być mierzona w czym innym niż pieniądze.

Dlatego wyrzucam Mentzena na śmietnik ideologiczny. Z powodów ludzkich. Typ reprezentuje sobą coś, co najlepiej określić jako: kapitalistycznego buroka. KB to taki ktoś, kto mierzy wszystko jednym: pieniędzmi. Każde ludzkie działanie, pasje, cele i marzenia podporządkowuje jednemu nadrzędnemu celowi: sprzedaży.

Ale to nawet nie jest kapitalizm, to jakieś buractwo! Wolny rynek wcale nie wymaga takiej postawy. Zarabianie to możliwość, czasem konieczność – ale nigdy obowiązek.

Fakt, że Mentzen wolny rynek rozumie jako przymus maksymalizacji zysków, zdradza że mentalnie ma więcej z komunisty niż wolnościowca.

Mierzenie wartości ludzi i ich pracy wyłącznie zdolnością sprzedaży to demonstracja pogardy dla ducha człowieka. Po czymś takim nie ma już co dyskutować nad resztą poglądów.

No bo pomyślcie: czy według poglądów Mentzena Jezus Chrystus nie był leniwym nierobem? Czy jego życie i działalność nie były bezwartościowe, zgodnie z zasadą „jeżeli mesjasz nie potrafi na siebie zarobić, to nie jest mesjaszem, tylko hobbystą”?

Mentzen byłby znacznie lepszym mesjaszem: zorganizowałby zaraz pokazy uzdrawiania i zarabiał na biletach, przy okazji reklamując jakiś komercyjny produkt.

I chyba nawet to właśnie robi.

Poczytaj więcej:

Podziel się z głupim światem