W Kałuszynie niedaleko Warszawy znalazłem pomnik „Złoty Ułan”. Pod nim jest napis „ku czci kawalerii polskiej walczącej w 1939 roku”.
Musiałem ten napis przeczytać kilka razy dla pewności, bo miałem wrażenie, że w 1939 kawaleria polska odniosła raczej sromotną porażkę a pomniki – zwłaszcza złote – buduje się, żeby upamiętniać raczej zwycięstwa. Zwycięstwa dobrze robią na morale. Młodzież wierzy w siebie, biznesy są odważniejsze, ludzie mówią sobie „dzień dobry” z większym przekonaniem. Te rzeczy.
Twórcy pomnika też chyba poczuli, że coś tu nie gra, więc napis niżej wyjaśnia, że to jednak nie smutna porażka, ale radosne zwycięstwo:
„rtm Andrzej Żyliński, dowódca zwycięskiej szarży 4. szwadronu 11. pułku pod Kałuszynem w 11-12 września 1939”.
Mamy tu złoty pomnik na cześć piłkarza, że strzelił bramkę w meczu z Niemcami o wszystko, zakończonym wynikiem 10:1 dla Niemców.
Przypadkowo, 10:1 to proporcje sił lotnictwa Polski i Luftwaffe we wrześniu 1939. O przepaści technologicznej już nawet nie mówię.
Mamy tu ważną partię szachów, gra cały kraj. Gramy o wszystko i gramy chętnie, bo przekonano nas, że możemy wygrać. Mamy szansę. Jesteśmy na poziomie, jesteśmy gotowi. Przeciwnik nie taki silny, a my się walki nie boimy. Zaczyna się gra – no niestety, od razu widać, że przerżniemy. Chęci nie brakuje, ale nie mamy czym grać. Przegrana jest totalna, żadnych szans nie było. Katastrofa, ruina, mogiła.
Pytanie: co powinno się najbardziej pamiętać po takim wydarzeniu?
Odpowiedź z Kałuszyna: że w trzecim ruchu zbiliśmy pionka!
Pod pomnikiem „złotego ułana” leżał znicz z napisem „pamiętamy”. To i dobrze. Jestem jak najbardziej za pamiętaniem. Wręcz namawiam. Więcej powiem: ja żądam!
Ale brakuje mi drugiego znicza obok z napisem „myślimy”. Te dwa znicze razem zrobiłyby robotę.
Najbardziej to mi brakuje trzeciego, największego znicza. Najlepiej z podpisami wszystkich, którzy zajmują w tym kraju wyższe stanowiska. Na trzecim zniczu byłby wielki napis: „wyciągamy wnioski”.
Ale to się nigdy nie stanie. Bo gdyby ktoś wyciągał wnioski, to takiego pomnika w ogóle by nie było. Zamiast tego stałby tam złoty Sobieski pod Wiedniem, złoty Żółkiewski pod Kłuszynem albo złoty Chodkiewicz pod Kircholmem, i przypominaliby codziennie Polakom, że walczy się nie po to, żeby bohatersko ginąć w heroicznej, ale beznadziejnej walce, ale po to żeby zwyciężać.
Prymitywne podejście? Może. Ale ja tam wolę przepraszać jako wygrany niż szczycić się wyższością moralną przegranego.







