To ja napiszę coś o miłości.

Nie tej wykwintnej od Jezusa, tylko tej mniej zaawansowanej. Tej męsko-damskiej.

Otóż ja zawsze wierzyłem w miłość. Że jest takie coś, że gdzieś istnieje i że warto polować.

Nie wierzę w miłość w wersji romantycznej. Jak widzę mężczyznę z kwiatami, to mi śmierdzi bullshitem na kilometr. Chyba, że ma wzrok nieprzytomny i cały w uśmiechach, to wtedy wiem że po prostu naćpany. Romantyzmem.

Generalnie romantyzm jest jak komunizm: obiecuje raj, którego w realnym świecie nie da się zbudować. Na początku pięknie, a na końcu szarość i bieda.

Ale nie romantyzm mnie pociąga w miłości, tylko piękno.

Przez wieki ludzie łączyli się w pary z powodów raczej przyziemnych. Nieraz bardziej z konieczności niż z wyboru. Ale czy konieczność musi automatycznie oznaczać, że nie może być pięknie? Jedzenie – to dla nas konieczność, ale to nie znaczy, że musi to być nieprzyjemne.

Teraz życiowa konieczność zniknęła i koncepcja małżeństwa się sypie. Zresztą gdzie tam do małżeństwa: sypie się w ogóle życie w towarzystwie. Panuje styl życia pod tytułem „całe moje życie dla ciebie, mój samsungu” oraz moda na terapie pod tytułem „nie poświęcaj się dla nikogo, żyj tylko dla siebie”.

I cała idea związku opartego na poświęceniu się rozsypała.

Spadek jest wyraźny. W porównaniu z latami 90-tymi, popularność związków spadła o 50%. Ale nawet to nie pokazuje całej historii – bo nie chodzi tylko o ilość, chodzi przede wszystkim o jakość.

Gdzieś po drodze rozkwitu konsumpcjonizmu jako społecznej religii, pojawił się pomysł związku alternatywny do starożytnej miłości. Małżeństwa wzajemnego szukania dobra drugiego, zostało zastąpione koncepcją współistnienia dwóch egoizmów. Co dobrze ozwierciedla nowa nazwa: partner.

Słowo „partner” bardzo pasuje. Oddaje sedno sprawy: umowy wzajemnie korzystnej dla obu stron, z których każda myśli o swoim interesie, nie o interesie tego drugiego. Partnerzy się dogadują, a nie kochają.

Skąd sens istnienia terapii małżeńskich: tam gdzie coś nie idzie, trzeba się dogadać.

To jest zła nazwa. Powinno się to nazywać: „terapia partnerska”. Ewentualnie: „negocjacje”. Ja nie akceptuję terapii małżeńskich: w związkach opartych na miłości, nie ma potrzeby negocjacji. Negocjacje służą do tego, żeby dwóch egoistów ustaliło warunki współpracy, aby osiągnąć równowagę między sprzecznymi interesami.

Popularne to czy nie, ja żadnego „partnerstwa” nie chcę. To zwykły kontrakt, nic szczególnego. Piękna w tym żadnego nie ma, i wcale się nie dziwię, że po paru latach wszyscy chcą odejść.

Skąd taka powszechna niechęć do kochania drugiego człowieka, zwłaszcza płci przeciwnej? Nie wiem, ale widzę, że ulice są pełne pępków świata. Każdy z nich szuka człowieka jak towaru: żeby mu pasował i nie kosztował za dużo.

Miłość też jeszcze podobno istnieje. Ale jej adresatem są głównie psy.

Rozważam czasem zostanie psem. O psie nikt nie mówi, że jest partnerem.

Nie całkiem rozumiem dlaczego psa można kochać a mnie nie można? Kocha się psy brzydkie, stare, psy grube, bez nogi, nawet psy z pchłami. Ale mnie się kochać nie da? Pies nie musi spełniać warunków. Ja muszę spełniać warunki. Dziwne.

Na tym tle padł mój ostatni związek. Ja wierzę w starożytnie piękną miłość, ona wierzy w obopólnie egoistyczne partnerstwo. Widocznie nie pasuję jej jako towar. Mi nie pasuje, że mnie nie kocha.

Nikt tu nic nie poradzi, nikt tu niczego nie zmieni. Każdy pozostanie sobą: ja nie chcę zostać konsumpcjonistą, ona nie chce zostać miłośnikiem. Każdy sobie sam wybiera czy używać chce Tindera.

No i wierzę dalej w związek irracjonalnie piękny, w koncepcję zanurzania się w drugą osobę, w kontakt i w interakcję w zrozumienie. W tą jedyną rzecz, która jest w stanie pokonać samotność istoty świadomej. W miłość.

Jeżeli współczesna wyzwolona kobieta widzi w tym modelu tylko podstęp, próbę wymuszania uległości i posłuszeństwa, to zdaje mi się, że faktycznie się wyzwoliła, ale nie z tego co myśli. No ale jeżeli to jest dla niej wolność, to niechże jej ta wolność na zdrowie wyjdzie. Ale mi się wydaje, że straciła więcej niż zyskała. Zamknęła sobie drzwi do bardzo pięknego aspektu życia.

Mam nadzieję, że chociaż znajdzie jakiś atrakcyjny towar. I że sobie wynegocjują trwałe warunki wzajemnego zaspokajania egoizmu.

Chociaż statystyki pokazują co innego. Co jest logiczne: po co się przywiązywać do starego towaru, skoro tyle nowych atrakcji dookoła?

Z drugiej strony czy każdy musi mieć pięknie?

Tyle o miłości.

Podziel się z głupim światem