Jedna blogerka co ma 9 dzieci i 2 koty, pisze tak: „żeby utrzymać taką rodzinę muszę w miesiąc zarobić tyle ile większość osób zarabia w rok„.

No i słusznie pisze. Koty dużo jedzą.

I wymienia: „najpierw jest szkoła dla dzieci, potem dom, rachunki, jedzenie, transport i wszystkie zwykłe wydatki, które przy trzynastoosobowej rodzinie po prostu robią się duże. Do tego dochodzą lekarze, zajęcia, ubrania, dokumenty, wyjazdy i rzeczy, których wcześniej w ogóle nie planowaliśmy„.

I nie, żebym rozumiał po co ona w ogóle to pisze. Po pierwsze to oczywiste a po drugie co to kogo obchodzi. Chciała dzieci, to ma wydatki, zupełnie normalne.

Zresztą ona to się cieszy, z tego co wybrała. Zwłaszcza że mieszka sobie gdzieś tam w ciepłych krajach i nie patrzy codziennie na ponure gęby na polskiej ulicy. Dziś jedna polska pani w polskim sklepie wszczęła wojnę, że ma być jedna kolejka a nie dwie. „No problem” – powiedziałem ja, Anglik, i się uśmiechnąłem. „Niet problema” – powiedziały dwie Ukrainki i się uśmiechnęły. Polska pani nie umiała sobie poradzić z taką rzeczywistością. Wybuchł jej mózg i trzeba było mopem sprzątać.

A co do dzieci i trudnego życia, jest w tym dziwnym kraju jakaś moda na robienie dzieci, chwalenie się dziećmi a potem narzekanie, że dzieci są drogie i zabierają cały czas.

Polacy generalnie robią bardzo mało dzieci, i za to muszę pochwalić. Pragmatyczni, praktyczni ludzie jednak. Wielu ludzi wyczuwa, że życie w bloku w 2026 to co innego niż bycie chłopem we wsi w 1850. Mają rację. Wtedy dzieci to był niski koszt, duży pożytek, a teraz odwrotnie.

Z małżeństwem zresztą podobnie.

Mimo to dalej w Polsce panuje klimat, jakby człowiek się zaczynał dopiero wtedy jak ma ślub i dzieci, tak jakby to był oczywisty cel i sens życia każdego jednego stworzenia. Ulgi, promocje, nawet kampanie wyborcze są kierowane do mężów i żon z dziećmi – a tych jest coraz mniej. Hasła na papierze toaletowym: „dla ciebie i twojej rodziny”, jakby chcieli wkurwić tych wszystkich z nas, którzy z różnych powodów nie mają modelowego życia. A jest nas większość. I mamy więcej wolnych zasobów, czasu i pieniędzy.

Ten rozdźwięk między mediami a rzeczywistością będzie tylko rósł. Bo młodsze pokolenie na pewno nie będzie bardziej małżeńsko-dzieciate. Takie rzeczy wymagają sporych umiejętności kontaktów poza internetem, a młodych ludzi taka perspektywa przeraża. Częsty widok jak jeżdżę motorem po Polsce: przystanek, dwadzieścia sztuk licealistów obok siebie. I cała dwudziestka z głowami w dół zanurzona w komórkę. Zmierzyłem natężenie przyciągania międzypłciowego. Oscyluje w granicach zera.

Dni ZUS są policzone.

I ponieważ jest jak jest, chciałbym wbrew obowiązującej hipokryzji, głośno i odważnie zachęcić do życia bez dzieci.

Do tego nie trzeba zachęcać. Ale trzeba zachęcić, żeby przestać się tego wstydzić, czuć winnym. Panowie, panie, koleżanki, towarzysze: wybraliście sensownie. Nie dajcie sobie wmówić hipokrytom, że coś z wami nie tak. Z wami wszystko w porządku, to z nimi coś nie tak!

Matka pisze, że wydaje w miesiąc tyle co inni w rok? To ty napisz, że wydajesz w miesiąc tyle co inni w dwa tygodnie. Ona głośno narzeka? Ty się głośno pochwal. Masz takie samo prawo do publikowania swojej radości jak ona do publikowania swojej tragedii.

Mówi ci, że „szkoła dla dzieci, dom, rachunki, jedzenie, transport”? A ja za (tfu) szkołę nie płacę, mieszkanie mam malutkie, rachunki niskie a transport rowerowy. Nie dość że za darmo to jeszcze fitness w cenie. Dlaczego? Bo nie mam dzieci!

Są ludzie co nie spali porządnie przez 3 lata. Są ludzie co nie mają jednego dnia w tygodniu na kompletny luz i relaks, jak Pan Bóg przykazał a naukowcy aprobuja. Są ludzie co mają w mieszkaniu krajobraz po bitwie na stałe. Są ludzie, w których życiu codzienne pozbywanie się gówna odgrywa wielką rolę.

Bo mają dzieci!

Skoro ci ludzie promują to bezwstydnie jako model życia, to promujmy brak dzieci jak lepszy model. Odważnie. Nawet Jezus jest po naszej stronie: on też nie miał dzieci.

Na wątpliwości odpowiedź jest: prawda, że teraz gówno, ale później będzie raj. Mało to realistyczne. Ja słyszę częściej o problemach z dorosłymi dziećmi niż z małymi. W zdecydowanej większości przypadków dzieci, kiedy dorosną, staną się nieustającym źródłem zmartwień i kosztów. Nie ma się co łudzić: rośnie pokolenie niezaradnych, słabych i roszczeniowych płatków śniegu, o które trzeba się bezustannie troszczyć, dbać i ratować. Trzeba będzie pracować na nich. Trzeba będzie za nich płacić.

Narkotyki, terapie, depresje i mieszkanie z rodzicami do czterdziestki – to nie jest wyjątek, to jest standard. Jeszcze będziesz tęsknić do dni, kiedy wszystko było obsrane i nie spałeś od trzech lat.

Czujesz więc, że jest potrzeba bardzo głośno krzyczeć, że pięknie mieć dzieci, że dobrze mieć dzieci, że trzeba mieć dzieci. Że jak ktoś dzieci nie ma to biedaczek albo nienormalny. Albo co gorsza: Inny. Tak głośno musisz krzyczeć, żeby samemu uwierzyć.

To tak jak ze studiami: jak studiowałeś 5 lat i zostałeś magistrem pierdołologii to niby masz świadomość, że mogłeś w tym czasie podróżować, poznawać siebie, poznawać ludzi, nauczyć się dwóch języków i popróbować pracy w pięciu zawodach. Ale nie chcesz tego wiedzieć. Dlatego krzyczysz głośno o tym, jakie to dobre studia były, jakie to wartościowe być pierdołologiem magistrem, i jakże dobry pomysł to był, żeby wykorzystać cenny dar życia na stworzenie pracy magisterskiej pod tytułem „pierdołologiczna domniemanologia społeczna w Dupodołach Dolnych”. Krzycz o tym, chwal się tym, i każdemu kto zgłasza wątpliwość, odpisz w komentarzu „nie wiesz o czym mówisz, ty chuju”.

Lub, jeżeli jesteś magistrem: „pan nie wie o czym pan mówi, ty chuju”.

A tak naprawdę to oczywiście, że fajnie mieć dzieci, które kochasz i które ciebie kochają. Ale to pięknie się mówi, a w rzeczywistości taka miłość to rzadkie zjawisko. Ludzie tak bardzo chcieliby widziać tą miłość, że mylą ją ze wszystkim innym: przywiązaniem, przyzwyczajeniem, instynktem, poczuciem winy, poczuciem obowiązku, strachem przed samotnością. To są bardzo trudne sprawy, bolesne jak cholera i niedobrze się w nie mieszać bez zaproszenia. Mało kto chce i potrafi widzieć rzeczy takimi, jakie naprawdę są.

Czy warto powalczyć? Zaryzykować? Takie pytania są często stawianie nieuczciwie. Bo to nie jest tak, że albo będziesz rodzicem albo niczym, że to jedyna szansa w życiu na miłość i wartościowe życie.

I ja nie przeciwko miłości tu występuję. Ja jej z całej siły bronię.

Ja tu występuję przeciwko koncepcji, że dzieci to jest najlepsza i oczywista metoda na miłość i wartość. Nie, nie jest, absolutnie nie jest! Nie jest to ani oczywista droga, ani nie jest najlepsza, ani nie jest jedyna. Jest tak samo ryzykowna i pełna pułapek, jak wszystkie inne. Jest niestety mocno zakłamana. I zdecydowanie najbardziej kosztowna ze wszystkich.

Więc uspokójcie się z tymi dziećmi, opanujcie się ze zdjęciami, przestańcie macierzyństwo podsuwać wszystkim pod nos, jakby to był kawior z szampanem. Jest zupełnie w porządku mieć dzieci, jest zupełnie w porządku ich nie chcieć. Kto szuka przyjaźni, miłości, towarzystwa, ten ma wiele innych możliwości.

Bezdzietny Jezus mi świadkiem.

Podziel się z głupim światem