W Wielkiej Brytanii skończył się rok podatkowy.

Lubię załatwiać takie sprawy szybko, więc jako self-employed (odpowiednik w Polsce to „jednoosobowa działalność gospodarcza”) podliczyłem sobie ile zarobiłem i ile wydałem przez cały rok i wysłałem to wszystko do HMRC.

Może to kogoś zdziwi, że robię takie rzeczy sam. W Polsce robi to prawie zawsze księgowy. Musi. Księgowość niby uproszczona, ale to dalej księgowość.

W UK mam tylko zanotować ile zarobiłem i ile wydałem. Wpływ liczy się wtedy, kiedy dostaję pieniądze, a wypływ wtedy kiedy zapłacę. Upraszcza to całą zabawę niesamowicie i sprowadzą całą księgowość do listy na kartce. Widziałem zresztą kiedyś raz w restauracji w Londynie, jak właścicielka prowadziła roczne rozliczenia długopisem w zeszycie. Byłem zachwycony.

No ja używam GnuCash. Lubię, bo proste i za darmo.

Pomijając różne inne różnice w praktycznym prowadzeniu firmy między Zjednoczonym Królestwem a Polską (wszystkie zdecydowanie na korzyść Królestwa), chciałem powiedzieć o jednej, bo to jakaś powszechna w Polsce mitologia i zastanawiam się skąd się wzięła.

Chodzi mi o wysokość podatków. Taką faktyczną, po podliczeniu wszystkiego w całym roku.

Z wyliczeń wyszło mi, że u mnie wszystkie podatki ze wszystkimi ubezpieczeniami w roku jakie jestem winny to 8.6% tego co w ciągu roku zarobiłem. A w tym troku trochę tego zarabiania było, w Polsce wpadłbym już w drugi próg podatkowy.

I dlatego nie mogę zrozumieć, skąd to powszechne przekonanie, że w Polsce są niższe podatki niż w Wielkiej Brytanii. Skąd wy takie rzeczy bierzecie w tej Polsce? Chyba od kogoś, kto tyle wie o Anglii, życiu i finansach, że szczytem możliwej kariery jest dla niego ZMYWAK.

Bądźmy realistami: faktyczna wysokość podatków dużo mniej zależy od kraju, a bardziej od tego czy jesteś leniwy, bojaźliwy, beztroski lub tępy. W Polsce też jedni dają sobie zgarnąć 20% a inni 50%. Gdybym miał ochotę być leniwym w Wielkiej Brytanii i nie myśleć nad tym co robię i jak to robić lepiej, to też dałbym sobie zabierać dużo więcej.

No ale że mam z grubsza to samo podejście w obu krajach, to mogę porównać ile się da wycisnąć z życia tu i tam. Praktycznie i bez ściemy.

I biorę mój własny portfel na świadka, że nie widzę takiej możliwości, żeby programista w Polsce był w stanie legalnie zatrzymać dla siebie 91.4% swoich przychodów, przy zarobkach wpadających w drugi próg podatkowy.

Gdyby komuś się to udało, to cieszy się tylko dlatego, bo nie policzył wszystkiego rzetelnie.

W Polsce grajek uliczny, co chce sprzedawać swoje płyty, musi dać się wydoić z pieniędzy jeszcze zanim zdąży powiedzieć „urząd skarbowy.” No bo musi kupić kasę fiskalną. Sprzedawanie płyt w Polsce bez kasy fiskalnej jest nielegalne. Musi płacić co miesiąc za księgowego. Księgowanie z VAT to nie to samo co dwa słupki w zeszycie, a urzędy czepialskie. No i będzie musiał marnować swój czas na wizyty w urzędach i tańczenie z papierami, zamiast w tym czasie grać piosenki o bukowinach i wrzosowiskach. Na zabawie w podatki i formularze spędzi ze 3 godziny w tygodniu.

Ja w UK też spędzam 3 godziny. Rocznie.

Dobra, trochę przesadziłem. Tak naprawdę wg statystyk polski przedsiębiorca spędza z państwem 6 godzin tygodniowo.

Przyjmij sobie teraz dla uproszczenia, że godzina pracy ma równowartość 100zł, i wtedy dopiero policz, ile tak naprawdę musisz dać sobie zabrać, zanim będziesz mógł ostatecznie powiedzieć „to jest moje”.

Może wtedy zrozumiesz, dlaczego wszyscy w Anglii lubią gadać, że najchętniej to by wyjechali z tej złej Anglii do tej dobrej Polski, ale nikt tego nie robi. Na pewno nikt z tych, co wolą stracić 10% zamiast 50%. No bo ja rozumiem, że pierogi są dobre i że Allaha mało na ulicach, no ale bez jaj. Nie za taką cenę.

Ostatecznie nie ma się co przejmować. I tak grubo ważniejsze jest to, żeby sprytnym być a leniwym nie być, niż to czy w stolicy siedzi król czy prezydent.

Z drugiej strony, gdyby nie ten król, to u mnie by tego 8.6% nie było…

Dlatego chętniej powiem „God save the King” niż „zdrowie pana prezydenta”, bo i podatki, i krócej i lepiej grzmi. Inne sprawy to już dyskusyjne i gdyby ktoś mi powiedział, że mój król wygrywa w kategorii „dostojność” a wasz prezydent w kategorii „szerokość bicepsu”, to musiałby przyznać mu rację.

Ale to już akurat kwestia gustu.

Poczytaj więcej:

Podziel się z głupim światem